Uwaga!

wtorek, 20 sierpnia 2013

01. Straszna teściowa ?!


"Może tylko nam odchodzenie wydaje się straszne? Może bardziej cierpią ci, co zostają?"  Dorota Terakowska

- Skarbie?! - krzyknął Mason z kuchni.
- Tak? - zapytałam z drugiego końca mieszkania.
- O której przyjeżdża twoja matka? - nie potrafił ukryć wstrętu w swoim głosie.
- O drugiej, a co? - ponownie zadałam pytanie, tyle, że tym razem byłam już w kuchni, koło niego. Obrócił się w moją stronę i powiedział ze zbolałą miną.
- Wiesz jak ja jej nie lubię, dlaczego musi do nas przyjeżdżać akurat na Boże Narodzenie? Zepsuję nam święta! - ostatnie zdanie wycedził ze złością przez zaciśnięte zęby.
- Ponieważ jest moją matką i babcią Emily. A tak w ogóle nie zrobiła ci nic złego, po prostu nie lubisz jej uwag na temat twojego wyglądy i tego, że odebrałeś mi marzenia. Kto jak kto, ale ty powinieneś wiedzieć, że jedyne moje marzenie się spełniło. Tym marzeniem jesteś ty - Mason, kocham cię i uwierz mi moja matka nigdy tego nie zmieni. - wyszeptałam mu do ucha po czym pocałowałam go w policzek.
W tej samej chwili...
- Proszę się tu zatrzymać, wracam za pięć minut - powiedziała Eva do taksówkarza po czym wysiadła z samochodu i spokojnym krokiem ruszyła w stronę domku jednorodzinnego Charlotte. Zapukała do drzwi i już po chwili córka wpuściła ją do środka. 
- Cześć mamuś, już spakowana?
- Tak, taksówka czeka przed domem, przyszłam się tylko pożegnać. 
- W takim razie życzę ci udanej drogi. Pozdrów Sophie i Masona i ucałuj ode mnie Emily. 
- Dobrze, pozdrowię, pozdrowię, ale... czy ty przypadkiem nie chciałaś mi czegoś powiedzieć. Na mojej sekretarce była twoja wiadomość, mówiłaś, że to bardzo ważne...
- A tooo ! - zaśmiała się histerycznie Charlotte - Nie masz się czym martwić, ta sprawa może zaczekać. Teraz jedź już proszę bo kierowca ci ucieknie - ucałowała Eve i podała jej ogromną bombonierkę mówiąc - To dla Masona, miał niedawno imieniny a ja głupia o nich zapomniałam, nawet do niego nie zadzwoniłam.
- Na pewno nie będzie mieć ci tego za złe. Do zobaczenia ! - zawołała Eva jeszcze zanim Charlotte zamknęła drzwi. 
Wróciła do taksówki, trzasnęła drzwiami i gdy samochód ruszał rzuciła bombonierkę na tylne siedzenie. Miała nadzieję, że jak najszybciej dojedzie na miejsce. Od domu Sophie dzieliło ją jeszcze prawie 200 kilometrów. Nie lubiła podróży, w aucie zawsze bolała ją głowa i chciało jej się wymiotować. Na szczęście kierowca otworzył uchylnie okno. Już prawie byli na przystanku. Z tamtąd pojedzie autobusem wprost do Olympii, bez żadnych niepotrzebnych przesiadek. Eva wyprostowała nogi, na tyle ile mogła i przymknęła oczy. Za trzy godziny będzie u córeczki i ... wnuczki Emily. Nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie je zobaczy. A Mason... no cóż, przeżyje.

~*~


W całym domu panowało wielkie zamieszanie. Wszyscy wzięliśmy się do roboty przez przyjazdem mamy. Mason odkurzał salon, ja piekłam ciasto, nawet Emily chciała nam pomóc, więc swoją małą, drobniutką rączką mieszała roztapiającą się powoli czekoladę. Musiałam być bardzo ostrożna i co chwila do niej podchodzić, żeby się nie sparzyła.
- Mamusiu? A jaka jest babcia Eva? - zapytała córka nie podnosząc wzroku znad garnka.
- Jest bardzo miła... - tu zawiesiłam głos. Czy powinno się kłamać dziecko? - Ma bardzo ładne kręcone włosy. Są czarne bo babcia Eva je farbuję, inaczej już dawno byłyby siwe. Masz po niej oczy, czekoladowy brąz.
- A dlaczego tatuś mówi, że babcia jest straszna? Czy ona mnie polubi? - zapytała mała tym razem patrząc mi głęboko w oczy ze zwężonymi brewkami. 
- Wcale nie jest straszna, tato tylko tak żartuję i oczywiści, że cię polubi. Już cię kiedyś zresztą widziała, ale ty tego nie pamiętasz. Byłaś zbyt mała. 
- A czy babcia Eva przywiezie mi pierogi tak jak babcia Brenda? - zapytała Emily z nadzieją. Jej oczy rozszerzyły się nieznacznie, uwielbiała pierogi, zwłaszcza ruskie.
- Jeśli ładnie poprosisz babcię to na pewno ci je ugotuję, jestem tego pewna. - powiedziałam całując Emily w policzek - Wiesz co? Ta czekolada już całkiem się roztopiła trzeba nią polać ciasto.... - zerknęłam w stronę piekarnika. Wydawało się już gotowe. - Myślę, że mogę już je wyjąć - powiedziałam po czym wyciągnęłam z piekarnika wielką formę z biszkoptem. 
- A mogę ja rozlać czekoladę mamusiu? - zapytała mała podekscytowana.
- Nie kochanie, poparzysz się. Ja to zrobię... 
- Proszę, proszę, proszę, będę ostrożna, pozwól mi mamo! - nalegała Emily.
- No dobrze - uległam - Pomogę ci.
- Ale ja chcę sama! - krzyknęła mała po czym pociągnęła za ucho garnka stojącego na kuchence. Nie zdążyłam do niej podbiegnąć i go złapać. Na brzuch Emily wylała się znaczna część zawartości naczynia. Gorąca czekolada oblepiła jej koszulkę, która przykleiła się do stopionej skóry. Z lekcji Przysposobienia Obronnego wiedziałam, że nie należy odrywać ubrań od ciała, można wtedy zerwać całą skórę. Na początku mała próbowała ją od siebie odczepić wrzeszcząc przeraźliwie. Ja natomiast chwyciłam szybko za ścierkę i wytarłam powierzchnię koszulki. Krzyknęłam ze strachem w stronę salonu:
- Mason, dzwoń po karetkę!
Z pokoju obok dobiegło mnie głuche trzaśnięcie, a po chwili głośne kroki męża. Wbiegł do kuchni z paniką wypisaną wyraźnie na twarzy. 
- Co się stało?! - krzyczał, zobaczywszy Emily płaczącą i wijącą się na podłodze z bólu.
- Dzwoń po karetkę! - krzyknęłam ze łzami w oczach, tym razem głośniej.
Mason wykręcił numer i przyłożył sobie słuchawkę do ucha. Ja zabrałam małą z podłogi i wzięłam na ręce, ale Emily jeszcze bardziej zaczęła wierzgać nogami i rękami, o mało co nie wybiła mi oka.
- Karetka jest już w drodze, powiedzieli, że będą za dwie minuty.
- Pomóż mi proszę znieść małą na dół, będzie szybciej.
Ja wzięłam córkę za ręce, Mason za nogi i tak po kilku chwilach z drugiego piętra zeszliśmy na dół przed blok. Nie musieliśmy długo czekać, karetka zjawiła się na czas. Wyskoczyli z niej prędko ratownicy niosąc małe nosze. Położyli na niej Emily i wciągnęli do samochodu. Lekarz powiedział jeszcze, że się oboje nie zmieścimy w karetce i że albo jeden rodzic pojedzie z nimi albo możemy gonić ich samochodem. Co mieliśmy zrobić?! Zgodnie z zaleceniami lekarza wsiedliśmy w nasz hippisowski samochód i po około dwóch minutach byliśmy pod szpitalem. Złapałam Emily za rękę gdy jechała na noszach i mówiłam do niej cichutko "Wszystko będzie dobrze, słonko. Mamusia i tatuś są przy tobie". Czułam się jak we śnie, a raczej najgorszym z możliwych koszmarów. Każdy mijany pacjent lub lekarz wydawali mi się jacyś niewyraźni, jakby rozmazani. Nagle świat zatańczył mi przed oczami, a podłoga uciekła spod nóg. W ostatniej chwili ktoś mnie złapał, ale nie wiedziałam już kto. Wszystko wokół zniknęło, została tylko przygnębiająca czerń. Nic więcej nie pamiętałam...

~*~

Na przystanku taksówkarz pożegnał się z Evą bardzo przyjaźnie, nie była tylko pewna, czy to przypadkiem nie zasługa dwudziestu dolarów, które mu ofiarowała. Przysiadła na ławeczce obok młodej blondyneczki i sięgnęła do torebki po chusteczki. Wytarła sobie nos, a chusteczkę wyrzuciła do kosza. Po paru minutach zjawił się jej autobus. Szczęśliwa kobieta podbiegła do drzwi jako pierwsza, zapłaciła za bilet i usiadła na samym końcu. 
Minęła godzina podróży. Pani Eva zmęczona lekturą książki przymknęła oczy i odpłynęła. 
   Ze snu wyrwały ją głośne krzyki. Gdy otworzyła oczy nagle ustały. W autobusie nie było żywej duszy, na dodatek kierowca zatrzymał się na jakiejś opuszczonej ścieżce w lesie. "Może wszyscy poszli za potrzebą?" - pomyślała od razu Eva. Nie spiesząc się zaczęła zakładać swój bawełniany, błękitny sweterek. Już miała się podnieść z miejsca gdy spod krzesła przed nią wyłonił się jakiś starszy mężczyzna i przemówił do niej przyciszonym głosem. Był śmiertelnie przerażony, jego usta drżały, a oczy niespokojnie świdrowały las za oknem.
- Niech pani nawet nie ośmieli się ruszyć. Ktoś lub coś zatrzymało nasz autobus. Potwór pożarł wszystkich, jedynie my przeżyliśmy, ale on na pewno wróci. Musimy stąd uciekać. Pomogę pani.... - rzekł po czym wyciągnął rękę w stronę Evy.
Przerażona kobieta nie była w stanie poruszyć choćby palcem. Co oznaczają według niego słowa "Potwór pożarł wszystkich"? Tym potworem jest niedźwiedź?! Coś ścisnęło ją za gardło. Nie, to nie mógł być niedźwiedź! Żaden z nich nie potrafiłby zatrzymać samochodu, a co dopiero autobusu. W takim razie co to było?! Eva nie chciała znać odpowiedzi na to pytanie. Wiedziała jednak, że albo razem z nieznajomym ucieknie, albo.... już po niej. "Zrobię to!" - powiedziała Eva do siebie w myślach, zmuszając ciało do ruchu. Podała mężczyźnie rękę i najciszej jak umiała skradała się do wyjścia. Nie minęli nawet połowy drogi gdy cały autobus niespodziewanie się zatrząsł. I to dość mocno.... Na tyle mocno, że pani Eva i nieznajomy znaleźli się na podłodze. Nim kobieta podniosła wzrok jej uszu dobiegł okropny "pisk", jakby ktoś paznokciami jeździł po tablicy. Pazury bestii wbijały się głęboko w powierzchnie szyby. Oddychając coraz szybciej i głośniej Eva wpatrywała się w powstający na szkle obraz. Monstrum najpierw skonstruowało najdoskonalszy okrąg i to bez użycia cyrkla. Po chwili wiedziała już co ten obraz przedstawiał, bestia domalowała jeszcze maleńkie kratery. Tak, to był księżyc! O co w tym wszystkim chodzi?! I nagle to Evy dotarła brutalna prawda. Na dworze było ciemno, a wysoko na niebie majaczył księżyc.... W PEŁNI!!! To był WILKOŁAK! Do cholery jak to możliwe?! Gdy potwór skończył jeden księżyc zaczął malować drugi. Eva nie mogła tego wytrzymać, wtuliła się w najdalszy fotel w autobusie. "On nas specjalnie męczy!" - myślała gorączkowo. Nie ma drogi ucieczki. W panice kobieta zaczęła się modlić. "Panie Boże zabierz nie do siebie. Oszczędź cierpienia, niech śmierć przyjdzie szybko i bezboleśnie. Proszę miej w opiece Charlotte, Sophie, Emily i Masona. Nie pozwól mi dłużej czekać..." W tym momencie obraz dwóch księżyców został ukończony. Na jednym z nich bestia wydrapała jeszcze liczbę 103, a na drugim 104. Później nastała cisza, owłosiona łapa potwora zniknęła. Zaczęła oglądać się na wszystkie strony, wiedziała, że to "coś" zaraz po nich przyjdzie. "Niech to zrobi teraz! Szybko! Zaraz dostanę zawału" - to była ostatnia myśl Evy zanim monstrum wkroczyło, a raczej wskoczyło do autobusu. Zaczęło wić się po podłodze niczym wąż i przy tym wydawać okropne dźwięki. Jakby odgłosy obdzieranego ze skóry zwierzęcia. Jego ciało obrośnięte futrem zaczęło coraz bardziej się do nas przybliżać. Jego oczy błysnęły szkarłatem, a już po chwili wzbił się w powietrze i wylądował na tym starszym mężczyźnie. To był najokropniejszy widok w całym życiu pani Evy. Najpierw bestia oderwała mężczyźnie ramie, potem ucho.... kobieta zamknęła oczy. Nie mogła na to patrzeć. Krzyki mężczyzny były nie do zniesienia, zakryła sobie uszy dłońmi i krzycząc razem z nim, wtuliła się jeszcze głębiej w siedzenie. Gdy wrzaski ucichły na karku poczuła ciepły oddech. Bestia do niej przemówiła głosem tak przenikliwym, że popiskując przycisnęła sobie jeszcze mocniej ręce do uszu, ale i tak słyszała każde jego słowo. Brzmiało to jak jakaś klątwa.


Gdy zaświeci słońce, sama swe ciało poćwiartujesz.
Ty byłaś numerem 104, ale i tak dzisiaj popłakujesz.
Przede mną nie da się uciec, nie rozstaniesz się z moim szczekiem.
Pełnia przeminie, a ja znowu stanę się człowiekiem.

Tak jak prosiła Eva, śmierć nadeszła szybko i prawie bezboleśnie. Bestia od razu oderwała jej głowę. 


***
Mam nadzieję, że spodoba wam się pierwszy rozdział. W zasadzie nie mam pojęcia o pisaniu :P Pisałam niby zawsze, ale tak naprawdę zwykle to były wiersze lub krótkie historyjki. Po drugie, pierwszy raz piszę horror. Tak, wiem... przy śmierci Evy powinno być więcej krwawych opisów. Tak, ale pomyślałam, że chociaż jej ukrócę cierpień, później będzie lepiej. Obiecuję... 











4 komentarze:

  1. Mi bardzo podoba się twoje opowiadanie. Jestem ciekawa co będzie dalej :)
    Pozdrawiam
    -W

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepraszam, że przychodzę tak późno, ale to wszystko przez tę szkołę. Mam nadzieję, że mnie rozumiesz, i że nie gniewasz się na mnie za tak późne przybycie na Twojego bloga. Jeszcze raz przepraszam. :*
    Rozdział mi się bardzo spodobał. Na początku był trochę zabawny, a potem smutny, a na końcu przerażający. Spodobało mi się takie połączenie emocji i uczuć. Jest dużo akcji, dzięki czemu jest bardzo ciekawie.
    Mam nadzieję, że Emily nic złego się nie stało. Biedna mała. Mam nadzieję, że ta czekolada nie była zbyt gorąca i szybko się wyleczy. Świetnie opisałaś tę scenę i uczucia matki. Oby dała radę. I niech nie wini siebie za to co się stało. Boję się, że tak może być.
    Czy Eve wie coś na temat wilkołaków? znaczy wiedziała. Bo miałam wrażenie jakby ona o czymś wiedziała, była w coś wtajemniczona. Wielka szkoda, że umarła. Nie spodziewałam się tego wszystkiego. Znów miałam przez Ciebie gęsią skórkę na całym ciele. :D Według mnie ta scena była świetnie opisana. Naprawdę się wczułam. Dobrze, że Eve miała szybką śmierć. Mi tam nie zabrakło dodatkowych opisów jej śmierci, bólu i wgl. Tak jest okey. :)
    Mam do ciebie prośbę. Czy mogłabyś nie pisać kursywą? Szczerz, to przeszkadza mi to trochę w czytaniu. Jest to dla mnie mało wygodne. Z góry dziękuję. :*
    Pozdrawiam ;3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie gniewam się, cieszę się, że znalazłaś trochę czasu i przeczytałaś ten rozdział. Dziękuję ci za tak długi i pozytywny komentarz. Jeśli chodzi o twoje pytania to prawię w każdym masz rację. Mogę tylko zdradzić ci, że Eva nie była w nic zamieszana :P

      Usuń
  3. Ruskie pierogi w Ameryce?!
    Ej, ale ta matka Emily mogła od razu włożyć córeczkę pod zimną wodę, nie byłoby lepiej, niż trzymać ją na rękach?
    Tak poza tym, to rozdział jest fajny. ;)

    OdpowiedzUsuń